Kindle Keyboard vs Voyage

Od jakiegoś czasu zanosiłam się z zamiarem wymiany swojego starego czytnika na nowszy model. Po jakimś czasie spędzonym w Internecie na przeszukiwaniu stron w poszukiwaniu porównania najnowszych czytników wybór padł na Kindle Voyage. Nie będę ukrywała, że skusiły mnie dwie funkcje autoregulacja jeżeli chodzi o podświetlany monitor oraz boczne przyciski.

1012201638710122016380Po lewej stronie mamy Kindle Voyage, po prawej natomiast jeden ze starszych modelów Kindle Keyboard.

 

 

 

 

10122016384 10122016385

 

 

 

 

 

 

10122016383 10122016382

Zalety Kindle Voyager w stosunku do starszego modelu to przede wszystkim lista wyświetlanych książek. W starszej wersji przeglądając listę książek miałam listę tytułów wraz z nazwiskiem autora. Teraz wybieram wśród okładek, a co za tym idzie przynajmniej wzrokowo nie pomylę się w sklepie, jak będę kupowała książki w wersji papierowej.

Inną zaletą jest zapisywanie książek, które się czyta. W Keyboard jak wychodziłam z książki czytnik automatycznie wrzucał książkę na ostatnią stronę listy i aby ponownie do niej zajrzeć musiałam prze-klikać wszystkie tytułu jakie posiadałam. W Voyager zapisuje książkę na pierwszej stronie, więc wchodząc do biblioteki od razu widzę, co ostatnio czytałam. Nie muszę też wchodzić do książki, aby zobaczyć jak zaawansowana w czytaniu jestem.

I to jest chyba jedyna funkcja, jaką da się w tych czytnikach porównać.

Voyager ma ekran dotykowy z podświetlanym monitorem, aby lepiej się czytało, kiedy na dworze zaczyna robić się coraz bardziej szaro. Natomiast Keyboard nie ma ani dotykowego monitora ani podświetlenia.

Nad zmianą czytnika zastanawiałam się ponad rok. Odpowiadając sobie przede wszystkim na pytanie, po co zmieniać model, skoro stary jeszcze chodzi i jestem z niego zadowolona. Zmieniłam w końcu przede wszystkim ze względu na podświetlany monitor. Zdecydowałam się na Voyager a nie Paperwhite ze względu na autoregulacje tego podświetlenia.

Czy jestem zadowolona? Bardzo. Jestem też zdziwiona jak szybko przestawiłam się z jednego czytnika na drugi zajęło to dosłownie dobę. Teraz tylko pozostanie przerzucić się z książek papierowych na e-booki.

Opublikowano Inne | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

„Morderstwo w Himalajach” Jonathan Green [recenzja]

morderstwo-w-himalajachEdmund Burke powiedział kiedyś „Jedyną rzeczą potrzebną złu do zwycięstwa jest bierność dobrych ludzi” i na tym mogłabym zakończyć recenzję książki Jonathana Greena „Morderstwo w Himalajach”. Jednak byłoby to pewne niedopowiedzenie.

Scena pierwsza.

Młoda Tybetanka wpada w szczelinę między skałami, uratować ją możne tylko rzucenie liny, której Tybetańczycy nie mają. Posiadają ją himalaiści, którzy stoją w pewnej odległości i przyglądają się scenie. W tym momencie dostają sygnał, aby wyruszyć z bazy. Odwracają się i odchodzą, przecież odznaczenie na Facebooku, że się zdobyło Everest i zrobienie zdjęcia na szczycie świata jest ważniejsze niż życie jakiegoś człowieka, prawda?

Scena druga.

Za panią prezes, która zapłaciła 100 tyś dolarów, aby wyspecjalizowana firma wprowadziła ją na szczyt Everestu podąża tragarz dźwigający ekspres do kawy. Everest – Everestem, ale nie po to człowiek z zachodu płaci tyle pieniędzy, aby rezygnować z jakichkolwiek wygód.

Scena trzecia.

Siedemnastoletnia mniszka zostaje zabita przez chińskiego żołnierza na oczach kilku ekip himalaistów. W obozie ludzi z zachodu trwa narada, co zrobić z wydarzeniem, którego byli świadkami. Rada: najlepiej udać, że niczego nie widzieli, wszak władze chińskie mogłyby zakazać wspinać się na Everest, a tego nie chcą.

Scena czwarta

W obozie himalaistów ukrywa się zbieg. Tybetańczyk, który nielegalnie próbuje przekroczyć granicę. Następuje konsternacja, co zrobić? Wydać – skazując prawdopodobnie na śmierć, czy ukrywać narażając się na reperkusje ze strony władzy. Jeden z himalaistów się wyłamuje, pomoże uciekinierowi.

Reportaż Jonathana Greena pokazuje prawdę na temat kondycji ludzkiej. Poprzez ukazanie reakcji grupki osób na wydarzenie, którego byli świadkiem ukazuje jak bardzo staliśmy się egocentryczni. Rządy światowe potępiają wydarzenia, które są opisane w książce, jednak nie za bardzo, bo przecież nie będą zniechęcać do siebie tak strategicznego partnera jakim są Chiny.

Po przeczytaniu książki rodzi się pytanie, czy tak bardzo się zagubiliśmy, że pieniądze są naszym jedynym wyznacznikiem tego jak należy postępować? Na szczęście są w książce przykłady osób, które przerwały zmowę milczenia, aby opowiedzieć o tym co widzieli, a tym samym dają nadzieję, że z kondycją ludzkości nie jest tak źle. Jeszcze.

Opublikowano Recenzje książek | Otagowano , | Dodaj komentarz

„Źli samarytanie. Mit wolnego handlu i tajna historia kapitalizmu” Ha-Joon Chang [recenzja]

zli-samarytanie-ha-joon-changPamiętam uczucie nadziei, które towarzyszyło dorosłym z mojego otoczenia, kiedy Polska przystępowała do Unii Europejskiej. Nadziei, że oto biedne społeczeństwo, gospodarka na dorobku dostała szansę, aby rozwinąć skrzydła. Czy to była szansa?

Książka „Źli samarytanie. Mit wolnego handlu i tajna historia kapitalizmu” Ha-Joon Changa przedstawia założenia ekonomii neoliberalnej, której założenia są obecnie obowiązujące w stosunku do krajów rozwijających się w Unii Europejskiej. Założenia tej ekonomii próbują wymusić na państwach świata również Stany Zjednoczone we wszystkich międzynarodowych porozumieniach. Wszystko dla dobra tych państw. Czy aby na pewno?

Założenia ekonomii neoliberalnej to przede wszystkim wolny handel, prywatyzacja, przepływ inwestycji zagranicznych, brak kontroli rządu, wolny rynek. Do tego właśnie kraje rozwinięte próbują zmusić kraje rozwijające się, a jak to wyglądało w ich przypadku?

Co Japonia zrobiła dla Toyoty w 1958 roku?

  1. Zamknięcie rynku na import samochodów
  2. Wydanie publicznych pieniędzy by uratować firmę od bankructwa
  3. Rząd zagwarantował firmie wysokie zyski w kraju dzięki wysokim cłom i drakońskiej kontroli inwestycji zagranicznych w branży motoryzacyjnej
  4. Usunięcie z kraju konkurencji General Motors i Forda

Rząd japoński dał firmie czas, aby stworzyła taki samochód, który zagwarantuje jej sukces na rynkach międzynarodowych. Zrobił to wbrew założeniom ekonomii neoliberalnej. Przykładów tego typu działań w książce jest bardzo dużo. Pokazuje ona politykę gospodarczą jaką stosują kraje rozwinięte w stosunku do siebie i jaką próbują narzucić innym państwom. Niestety jest ona inna.

Obecnie Międzynarodowy Fundusz Walutowy udzielając pożyczki krajom rozwijającym się narzuca warunki, które ingerują w wewnętrzną politykę danego kraju. Zmuszając je m.in. do prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw albo zniesienia ceł, aby firmy z krajów rozwiniętych mogły zalać rynek swoimi tańszymi towarami niszcząc w ten sposób rodzinne firmy.

W książce mamy poruszone tematy dotyczące prawa autorskiego i patentowego, postrzeganie kulturowe narodów, korupcję w państwach rozwijających się (o dziwo nie zawsze musi to być zjawisko negatywne), zaufanie obywateli do rządu, skutek międzynarodowych umów gospodarczych zarówno dla krajów rozwijających się jak i rozwiniętych (m.in. zakazanie protekcjonizmu państwowego aby skutecznie bronić się przed negatywnymi skutkami ekonomii neoliberalnej). Po jej przeczytaniu inaczej patrzę na otaczająca rzeczywistość gospodarczą i niektóre decyzje partii rządzącej oraz cenę jaką Polska płaci za przynależność do międzynarodowych rynków.

Opublikowano ekonomia, Recenzje książek | Otagowano | Dodaj komentarz

„Szwecja czyta. Polska czyta.” Katarzyna Tubylewicz, Agata Diduszko-Zyglewska [recenzja]

szwecja-czyta-polska-czytaKiedy pierwszy raz zobaczyłam książkę „Szwecja czyta. Polska czyta.” pomyślałam, że tylko osoby, które pracują w branży związanej z książkami sięgną po tę pozycję. Za drugim razem, kiedy książka wpadła mi w oko zastanowiłam się, co ja jako zwykły czytelnik mogłabym się z niej dowiedzieć i czy ta wiedza jest mi do czegokolwiek potrzebna. Za trzecim razem książkę nabyłam, ponieważ znalazłam w sieci opinię, że książka budzi w czytelniku uczucie frustracji. Postanowiłam sprawdzić.

Książka jest podzielona na trzy części. Pierwsza opowiada o zwyczajach czytelniczych jakie panują w Szwecji, następnie mamy rys historyczny czytelnictwa w obydwu krajach, ostatnia część opisuje zwyczaje czytelnicze jakie panują w Polsce.

Zacznijmy od rysu historycznego, który ukazuje tradycję czytelnictwa w Szwecji. Narodziła się ona w XVIII w., kiedy każdy obywatel miał za zadanie samodzielnie czytać Biblię do czego też namawiał Kościół. Później były kółka czytelnicze i towarzystwa czytelnicze, jako forma rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Należy podkreślić, że takie kółka działały również na wsi. A jak to wyglądało w Polsce? Różnego rodzaju akcje jeszcze w XIX w., aby niczego nie czytać, ponieważ czytanie jest podstępną próbą rusycyzacji polskiego społeczeństwa (ujmując rzecz w uproszczeniu).

Pierwsze na co należy zwrócić uwagę, to boom czytelniczy w ostatnich latach na szwedzkie kryminały. W tym kontekście możemy mówić o dobru narodowym jakim w Szwecji są pisarze. Jednak nie ma się co dziwić biorąc pod uwagę fakt jak wielki odsetek społeczeństwa uczy się w Szwecji pisać. Polska na tym polu dopiero raczkuje. Powstają pierwsze studia z kreatywnego pisania i kursy, które mają nauczyć podstaw fachu. Trzeba też zauważyć, że nasi rodzimi pisarze również zaczynają być tłumaczeni na języki obce. Jednak nie mamy w Polsce jeszcze takiego sposobu myślenia jak w Szwecji, który zakłada, że im więcej osób pisze tym większa szansa, że ktoś stworzy międzynarodowy bestseller.

Kolejną różnicą są biblioteki, które w Szwecji są naturalnym miejscem spotkań. W nich mają miejsca kluby dyskusyjne, można posłuchać muzyki, nauczyć się korzystać z komputera, ale też wypożyczyć książkę. Książkę nie tylko w rodzimym języku, ale tez w językach mniejszości narodowych. Natomiast stan bibliotek w Polsce, no cóż jest to kwestia do społecznej dyskusji. Najgorsze jest stanowisko osób odpowiedzialnych za biblioteki, które uważają, że w dobie komputerów biblioteki nie są już potrzebne. Z drugiej strony powstają programy typu Infrastruktura Bibliotek czy Narodowy program rozwoju czytelnictwa, w ramach którego dofinansowuje się biblioteki szkolne.

Następnie mamy społeczeństwo. W Szwecji są sceny literackie, dyskusje, akcje promujące czytelnictwo, projekty więzienne pt. „poczytaj mi tato”. W Polsce mamy Targi książki, Festiwale Literackie oraz dyskusję nad wprowadzeniem ustawy o stałej cenie książki. Z drugiej strony zastępujemy wypracowania na języku polskim testami z przeczytanej lektury, która nie wymusza na uczniach żadnej refleksji nad przeczytanym tekstem.

Oczywiście możemy narzekać, że coraz mniejszy odsetek społeczeństwa czyta. Jednak pracowałam w kilku miejscach i zawsze znajdowały się osoby, które czytały książki, dyskutowały o nich, wymieniały się tytułami, dawały sobie książki w prezencie. Dlatego też nie popadam w defetyzm i wierzę, że przy odpowiedniej promocji czytelnictw Polska może być krajem, gdzie większość obywateli czyta.

Opublikowano Recenzje książek | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Poradniki dla piszących

Od dzieciństwa czytam książki, kiedy byłam na studiach doszłam do wniosku, że sama chciałabym spróbować swoich sił w pisaniu. Tutaj jednak pojawiły się pierwsze schody, bo niby jak: stworzyć bohaterów, opisać fabułę, która chodzi po głowie. Zaczęłam szukać na rynku wydawniczym pomocy i znalazłam. Okazuje się, że książek o tym jak pisać jest całkiem sporo.

09102016366

Jestem pewna, że książki, które zaprezentowałam powyżej nie stanowią wszystkich, które na rynku się ukazały. Rodzi się natomiast pytanie, czy jest sens i potrzeba wszystkie poradniki przeczytać. W niniejszym cyklu postaram się omówić, książki które przeczytałam.

09102016367Cykl chciałabym zacząć przekornie od satyry na proces twórczy i pisarzy jako takich, czyli „Pisarz w 10 lekcjach” Phiippe Segur. Jest to opowieść o grafiku, który wie, że zostanie sławnym pisarzem i robi wszystko, aby swoje marzenie urzeczywistnić. Przy czym  nie zrażają go żadne przeciwności, ani druzgocząca recenzja, ani brak zainteresowania ze strony czytelników. Książka pokazuje żywot pisarza od wewnątrz. Główny bohater zachowuje się zgodnie ze swoim, wyobrażeniem o tym, jak powinien zachowywać się sławny pisarz. I tak np. dostając list od wydawnictwa, najpierw przez kilka minut stroi miny przed skrzynką pocztową, aby mieć pewność, że sąsiad, który ewentualnie mógłby go podglądać w tamtym momencie na pewno zrozumie, że dostał bardzo ważny list.

Książka jest podzielona na 10 lekcji: powołanie, pisanie, rękopis, wydawca, prasa, salon książki, telewizja, nagrody literackie, czytelnicy i sukces. I tak w lekcji 3 pt. rękopis dowiadujemy się, z jakim entuzjazmem pisarz przyjmuje kolejne odmowy, ponieważ sukcesem jest sam fakt, że wydawca napisał do niego list, w którym radzi zwrócić się do kogoś innego.

Książka jest satyrą na pisarzy, szczególnie tych początkujących, która pokazuje jak wyobrażenia na temat pisania, napisania i wydania książki mijają się z rzeczywistością. Przez sytuacje komiczne pokazuje, że pisanie jest procesem żmudnym i wymagającym, a natchnienie jest dopiero początkiem. Humor w powieści przypadł mi do gustu i przyjemnie się czytało o zmaganiach pisarza z rzeczywistością i jego upór oraz determinacja, aby tej rzeczywistości nie przyjmować do wiadomości.

Opublikowano Pisarstwo | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Problemy z odchudzaniem.

Kilka miesięcy temu zaczęłam chodzić na siłownie. Zaczęło się niewinnie, trzy razy w tygodniu godzina na aerobach. Po miesiącu takiego testu, doszłam do wniosku, że znajdę czas i chęci, aby chodzić regularnie. Postanowiłam przejść na wyższy poziom i dorzucić trening siłowy. I tutaj zaczęły się schody. Nie jestem szczupłą osobą i kiedy tylko trener mnie zobaczył od razu powiedział straszne słowo na d., czyli dieta. Zaczęły się schody, bo jak tu przekonać kogoś do zrzucenia wagi, kto na samą aluzję o diecie daje dyla. Skąd u mnie taka niechęć do idei odchudzania i diety jako takiej?

  1. Skojarzenia z terminem odchudzanie/dieta.

Kiedy byłam dzieckiem, kobiety w moim otoczeniu nagminnie się odchudzały. Nie jadły tego, tamtego, tutaj musiały policzyć kalorię, tam odmówiły sobie ciastka, aby zmieścić się w sukienkę sprzed 10 lat. Nie rozumiałam tego, nie rozumiem do tej pory. Zapamiętałam jednak efekty tych wszystkich zabiegów, a były one tragiczne. Nawet jeżeli na ślub, imprezę rodzinną udało się zgubić 5-10 kilogramów to za rok wracały ze zdwojoną siłą. I tak zabawa zaczynała się od nowa. Za każdym razem z tym samym skutkiem. To wyrobiło we mnie dość przekonanie, że odchudzanie wiąże się z:

  1. Podejmowaniem próby, która już na początku jest skazana na porażkę, kiedy wyznaczamy sobie cel w kilogramach;
  2. Oświadczeniem całemu światu, a przede wszystkim najbliższemu otoczeniu, że nie akceptujemy swojego ciała, ani siebie jako takiej. Szukamy defektów i je znajdujemy.

Oczywiście tego typu oświadczenie ma nas zmobilizować do większej walki ze sobą, ale co jeśli:

  1. Nie doprowadzimy sprawy do końca i po zrzuceniu kilku kilogramów znów przytyjemy. Czy wtedy wyślemy naszemu otoczeniu sygnał, że nie umiemy poradzić sobie nawet z tak podstawowymi rzeczami jak jedzenie w określonych porach i porcjach? To jak radzimy sobie z resztą życia?
  2. Nie damy zwyczajnie rady, bo dieta dietą, ale jak się wychodzi do restauracji ze znajomymi to nie wypada wyciągać plastikowego pojemnika i zarzucać tekstem, że ty swoją porcję przygotowałaś w domu. Nie od dziś wiadomo, że wspólne jedzenie łączy i cementuje przyjaźnie, więc nie należy takich momentów psuć opowieściami, czego w tym tygodniu jeść nie możesz. No chyba, że przyjaciele też są na diecie.
  3. Przerwiemy dietę z powodów zdrowotnych i będziemy musieli wszystkim tłumaczyć, jak nieodpowiedzialnie postępowaliśmy sami ze sobą.
  4. Przerwiemy dietę, ale będzie nam wstyd się przyznać przed znajomymi, więc będziemy ukrywać ten fakt, a wieczorami zajadać dodatkowy stres i wymyślać wymówki, dlaczego dieta nie działa.
  1. Wyznaczanie nowego celu, aby zgubić zbędne kilogramy.

Skoro wszystko co związane z odchudzaniem budzi we mnie tak negatywne skojarzenia doszłam do wniosku, że znajdę inny cel, aby zgubić zbędne kilogramy i nie myśleć o dietach. Przy okazji treningu personalnego na siłowni zostałam poddana pomiarowi masy składu ciała. W wyniku czego dowiedziałam się, że moje ciało uważa, że za kilka lat przejdę na emeryturę. Oczywiście można zmienić to postrzeganie, im bardziej człowiek wysportowany, tym ciało uważa się za młodsze.

Tutaj zapaliło się światełko, nie muszę myśleć o odchudzaniu będę gubiła wiek metaboliczny, aby moje ciało uważało, że znowu ma dwadzieścia lat. W tym celu przede wszystkim powinnam zaprosić aktywność fizyczną do swojego życia i sprawić, aby się rozgościła.

  1. Dobranie aktywności fizycznej do cech charakteru.

Z natury jestem flegmatyczką, dlatego bieganie za piłką do koszykówki, chociaż uwielbiam ten sport nie jest dla mnie. Wszelkiego rodzaju pozostałe gry zespołowe zresztą też. Najlepiej się czuję, kiedy to co robię zależy tylko ode mnie i nie muszę się uzależniać od koleżanki i jej grafiku, abyśmy razem poszły zagrać w tenisa. Dlatego naturalnym wyborem była siłownia. Co prawda z tym też się wiązało parę zastrzeżeń:

  1. Siłownia mnie nudzi – fakt powtarzanie cały czas tych samych ćwiczeń może zniechęcić, dlatego warto zmieniać trening, co jakiś czas np. raz w miesiącu. Możemy też zapisać się do jakiejś klubu i wtedy wraz z karnetem będziemy mieli dostęp zarówno do siłowni, jak i zajęć fitness, więc jak nam się znudzi podnoszenie ciężarów możemy poskakać przy zumbie lub spróbować zajęć z jogi.
  2. Nie idę na siłownie, bo tam ćwiczą tylko wysportowane osoby – może tak się zdarzyć, chociaż nie musi, a jak kiedyś stwierdziła jedna osoba, nie ważne od jakiej sylwetki zaczynasz, ważne na jakiej skończysz
  3. Wszyscy się na mnie patrzą – jasne, bo osoby, które uczęszczają na siłownie nie mają co robić tylko czekać aż przyjdziemy i obserwować każdy nasz ruch; a może ćwiczymy z bandą narcyzów, którzy są skoncentrowani tylko na sobie, a cała obserwacja odbywa się w naszej głowie? Znam parę osób, które nie chodzą na basen, bo przecież nie pokażą się w kostiumie kąpielowym, gdyż na pewno wszyscy przestaną pływać i będą się na nich patrzyli, jak tylko wyjdą z szatni.

No dobrze, ale dzisiaj pada i nie mam ochoty wychodzić z domu. Nic nie szkodzi możemy przecież poćwiczyć w domu.

  1. Zapuszczając płytę DVD z ćwiczeniami na telewizorze, albo puszczając filmik z YouTuba
  2. Jeżeli mamy konsolę (Xbox, Nintendo, ps4) zakupić grę, która poprzez zabawę zmuszałaby nas do ruchu albo program treningowy typu Your Shape Fitness.

Tylko czy to działa? Podejrzewam, że tak. Pod warunkiem, że jesteśmy systematyczni i konsekwentni. Osobiście wolę jednak trening na siłowni.

  1. Odchudzanie jako proces.

Tyłam latami, nie oszukuję się, podejmowałam codziennie mnóstwo decyzji, które powodowały, że bilans kaloryczny na koniec dnia przemawia za przyrostem tkanki tłuszczowej niż jej ubytkiem. Tak samo będzie z procesem odchudzania, bo to jest proces. Trzeba zacząć od zmienienia nawyków po kolei. Jeżeli przyzwyczaimy się do codziennych treningów (a zmienienie sposobu myślenia, aby regularnie odwiedzać siłownie stało się dla nas czymś naturalnym może zająć kilka miesięcy), czas pomyśleć o zmianie nawyków żywieniowych: tego co jemy i kiedy jemy. Na początek wyeliminowałam napoje gazowane z diety.

Tylko, czy ja naprawdę chcę się odchudzać? Wiem, kanony piękna jakie obowiązują w telewizji promują szczupłe osoby. Jednak chyba nie o to chodzi, aby zgubić wagę. Tak poważnie zazdroszczę tym wszystkim wysportowanym osobą sprawności fizycznej, tego że mogą wejść po schodach nie łapiąc zadyszki. Nie pociąga mnie wizja chudej osoby, która nie jest w stanie podbiec do autobusu. Pociąga mnie kondycja, wytrzymałość, a nie zero tkanki tłuszczowej w okolicach ud i brzucha.

Opublikowano Inne | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Co może ukrywać zdrowy styl życia? [recenzja: „Życie seksualne bliźniąt syjamskich” Irvine Welsh]

zycie-seks-blizniat-syjamskichZ powodu uciekającego lata postanowiłam nadrobić zaległości z lekturą i przeczytać zakupioną jakiś czas temu książkę Irvine Welsh „Życie seksualne bliźniąt syjamskich”. Uwagę przyciąga przede wszystkim nazwisko autora znanego z takich utworów jak „Trainspotting”, „Ecstasy” czy „Ohyda”. Wszystkie powyższe tytuły zostały sfilmowane.

Książka „Życie seksualne bliźniąt syjamskich” opowiada o trenerce fitness Lucy Brennan oraz jej podopiecznej Lenie Sorensen. Jak doszło do spotkania obu pań i jakie konsekwencje z tego wynikną przeczytajcie w książce. Do czego gorąco zachęcam. Jednak książka oprócz fabuły porusza pewne zagadnienia i właśnie o nich chcę tutaj napisać.

Przede wszystkim akcja jest osadzona w kulturze fitness. Sama zaczęłam ostatnio chodzić na siłownie i muszę przyznać, że spojrzenie Brennan na otyłe osoby, które nic ze sobą nie robią było dosyć brutalne. Teraz za każdym razem jak widzę swojego trenera zastanawiam się ile z myśli Lucy gości w jego głowie. Tak naprawdę jednak pytanie jakie stawia Lucy przed czytelnikiem brzmi, czy wysportowane ciało może być odpowiedzią na nasze problemy emocjonalne? Czasami w mediach spotykam się z artykułem na temat młodych ludzi, którzy większość dnia spędzają w pracy, a później na siłowni, aby odreagować stres i tak mija tydzień, miesiąc, rok. W którymś momencie aktywność fizyczna ich uzależnia i nie mogą sobie wyobrazić, jak można funkcjonować inaczej. Według mnie nie można rozwiązać wszystkich swoich problemów biegając, pływając czy podnosząc ciężary. Jednak tutaj autor stawia kolejne pytanie tym razem zadane przez Lenę, czy jest sens budować pewność siebie opierając się na wyglądzie? Zaczynam od razu myśleć o efekcie aureoli, który powoduje, że szczuplejsze osoby są postrzegane jako inteligentniejsze, bardziej pewne siebie, zabawniejsze, uczciwsze i sympatyczniejsze. Jednak co się stanie, kiedy zbudujemy poczucie własnej wartości na wyglądzie, a później się zestarzejemy albo ulegniemy wypadkowi? Tak samo jak wysiłek fizyczny nie może być odpowiedzią na nasze problemy, tak wygląd nie może być jedynym powodem, dla którego czujemy się dobrze we własnym towarzystwie.

Bohaterki wspólnie zadają jeszcze jedno pytanie, czy jedzenie śmieciowe może nas zniewolić do tego stopnia, że nie będziemy mieli już wyboru, co chcemy zjeść, bo wybór będzie podejmował za nas uzależniony organizm? Na to pytanie ku zaskoczeniu czytelników odpowiada Lucy, osoba uzależniona od wysiłku i wyrzeźbionego ciała. Tak jak z każdym nałogiem ze złym jedzeniem też można zerwać, choć niewątpliwie jest to ciężkie i wymaga podejmowania codziennie szeregu decyzji, które pomogą nam zapanować nad łakomstwem.

Książkę można również przeczytać jako opowieść o seksie, fitnessie, niezdrowym zainteresowaniu mediów i jeszcze bardziej niezdrowym jedzeniu. Nie zastanawiać się nad sprawami wyglądu, pewności siebie czy problemów emocjonalnych.

Opublikowano Recenzje książek | Otagowano , | Dodaj komentarz

Kierownik, czyli zarządzanie ludźmi według poradników.

Większość z nas przez całe swoje życie jest podwładnymi. Statystycznie rzecz biorąc masz większą szanse być zarządzanym niż samemu zarządzać. I choć osoby, z którymi rozmawiałam uważają, że gdyby tylko otrzymały szanse byłyby świetnymi kierownikami doświadczenie karze wątpić. To o czym się nie mówi, a powinno to fakt, że zarządzanie ludźmi jest ciężką pracą, jeżeli ktoś bierze odpowiedzialność za to co robi i za ludzi, którymi przewodzi.

Miałam przyjemność zostać kierownikiem przed 30 rokiem życia. I choć można mi zarzucić pewne niedociągnięcia na tym stanowisku to jednego nie można odmówić – przejmowałam się zespołem, którym zarządzałam. I tak dochodzimy do sedna sprawy, a mianowicie pomocy dla młodego, niedoświadczonego zwierzchnika. A tą pomocą miały być szkolenia i poradniki dotyczące zarządzania oraz przywództwa. Byłam na kilku szkoleniach i przeczytałam kilkadziesiąt książek na ten temat, a oto czego się nauczyłam.

Typy pracowników:

  1. jestem starsza od Ciebie i taki małolat nie będzie wydawał mi poleceń
  2. co prawda jesteś kierownikiem, ale ja lepiej pełniłabym tę funkcję, więc nie będę słuchała co do mnie mówisz, gdyż muszę udowodnić, że się na to stanowisko nie nadajesz
  3. mam wyjebane, czy praca będzie wykonana, bo zarząd rozlicza Ciebie jako kierownika, więc nie mój problem
  4. zostałaś kierownikiem i ten fakt obraża mnie jako osobę, więc możesz mnie, co najwyżej poprosić o wykonanie jakiegoś zadania, bo poleceń żadnych nie przyjmuję
  5. staram się jak mogę, ale za bardzo nie wiem co robię, więc może byś wykonała tę pracę za mnie skoro i tak za to odpowiadasz
  6. jesteś kierownikiem i wydajesz polecenia, oczywiście wszystko wykonam, ale najpierw podyskutuję nad bezsensem tego co mam robić, bo każde polecenie musi być skrytykowane
  7. jestem zajebisty, co prawda nie wiem co robię, ale i tak powinnaś dziękować, że raczyłem przyjść do pracy, bo jestem zajebisty
  8. jestem odpowiedzialny za mój obszar pracy i wszystko będzie wykonane na czas, jesteś mi potrzebna tylko jako podpis na wniosku urlopowym, z resztą sobie poradzę.

Nie przesadzam, dramatyzowanie też nie leży w mojej naturze. Z każdym z opisanych typów się spotkałam. Oczywiście każdy kierownik marzy o typie 8, wtedy wie, że może pójść na urlop i nic się nie zawali. Tak właściwie typy 8 są idealne na zastępcę, szczególnie jeżeli typem 7 zostaje kierownik. Takie rzeczy też widziałam. Ale wróćmy do sedna, co poradniki mówią na ten temat?

  1. Zróbmy zebranie

Nie ma lepszego sposobu na dowiedzenie się, co się dzieje z zespołem, szczególnie takim do 10 osób, niż wrzucić ich do jednej sali i porozmawiać na temat misji zespołu. Oczywiście trzeba być przygotowanym na narzekanie, krytykowanie albo martwą ciszę. Nieufność pracowników w tym zakresie może być ogromna, bo nie oszukujmy się, czego szef może od nas oczekiwać. To pewnie jakiś podstęp, teraz powiem co myślę, a jutro mnie wywalą. Jednak zebrania pomagają przygotować zespół na ciężka pracę, powiedzieć co nas czeka w najbliższym czasie. Wreszcie dają poczucie, że kierownik traktuje nas jak partnerów i chce z nami rozmawiać, a nie ustala coś za naszymi plecami i później stawia przed faktem dokonanym. Należy jednak pamiętać, że kierowanie zespołem to nie demokracja, po wysłuchaniu wszystkich ostateczną decyzję podejmujesz jednak Ty, jako osoba za zespól odpowiedzialna. Dobrze, jeżeli zespół ma czas na oswojenie się z decyzją i poznanie powodów Twojego stanowiska.

  1. Komunikacja

Nie ma chyba nic gorszego niż szef, który się nie komunikuje. Koszmar na jawie każdego pracownika. Jeszcze gorszy jest szef, który się obraża i stosuje tzw. ciche dni dopóki mu nie przejdzie. Co jeśli nie przejdzie przez miesiąc, dwa, pół roku? Tragedia dla zespołu, kiepska atmosfera i pełen zamęt. Miałam pracownika typ 6, każde polecenie musiało być przedyskutowane, skrytykowane, głośne wyrażanie niezadowolenia, że bez sensu, po co, dlaczego itp. Bardzo go ceniłam. Z dwóch powodów, dlatego, że niektóre polecenia faktycznie nie miały sensu i można to było zrobić w prostszy sposób, po drugie dlatego, że dzięki niemu zespół widział, że może wyrazić swoje zdanie i nie spotka ich żadna kara. Usłyszałam nawet, że pracownicy ze mną dyskutują, bo sama jestem typem dyskutującym, więc po prostu trafił swój na swego. Nic bardziej mylnego, lepiej żeby pracownik powiedział, co mu na sercu leży niż po kątach narzekał – to do niczego dobrego nie prowadzi. Tym bardziej, że z niewypowiedzianymi uwagami, nie można podyskutować.

  1. Chwal jak coś pójdzie dobrze – mój zespół jest najlepszy, bo jest mój

Drugim grzechem kierownika jest niedocenianie własnego zespołu. Nie nauczyłam się tego z poradników, nauczyłam się tego w liceum. W pierwszej klasie miałam wychowawczynie, która wchodziła do pokoju nauczycielskiego i opowiadała z jakimi idiotami przyszło jej pracować i że na pewno nic dobrego z nas nie wyrośnie. Skutek: wszyscy nauczyciele nastawiali się, że idą uczyć klasę tumanów, którym trzeba powtarzać najprostsze zwroty. Dopiero w drugiej klasie zmieniła nam się wychowawczyni, a tym samym opinia w szkole. Okazało się, że klasa tępaków jest bardzo sympatyczna, a nawet, ku zaskoczeniu wszystkich rozumie, co się do niej mówi. Podobnie jest z kierownikiem, jeżeli będzie chodziło po firmie i opowiadał w jakich to ciężkich warunkach pracuje, bo sami idioci, kretyni, banda nieudaczników w jego zespole. To zespól tak będzie odbierany. Nie mówiąc już o tym, że do zespołu dotrze ta opinia i przy najbliższej okazji dadzą dyla pod innego zwierzchnika. Istnieje też możliwość, że zadziała to na zasadzie samospełniającej się przepowiedni, skoro jest o nas taka opinia, to my się dostosujemy. Osobiście jestem zwolenniczką poglądu „mój zespół jest najlepszy – bo jest mój” i koniec dyskusji. Jeżeli w zespole są czarne owce rozmawiamy z nimi, ale zespól jako całość na zewnątrz jest chwalony.

Inna kwestią jest chwalenie pracowników indywidualnych. Wiem, to może przychodzić z trudem, szczególnie, że możemy nie mieć wzoru jako kierownicy, bo nas tylko ganiają, jak coś pójdzie nie tak. Jednak świadomość, że kierownik docenia i wierzy w swoich ludzi potrafi dodać skrzydeł. Dlatego chwalić należy szczegółowo, że pan Zdzisław dobrze poradził sobie z zadaniem X, ponieważ zrobił to i to, a nie, że pan Zdzisław dobrze pracuje. Chwalić musimy szczerze i autentycznie, a nie mimochodem i w przelocie między jednym zadaniem a drugim. Jeżeli mamy takie możliwości możemy zabierać zespól np. na piwo ukończonym projekcie.

  1. Kierownik powinien być optymistą i umieć podejmować decyzje

Dodajmy realnym optymistą, który widzi zagrożenia, ale działa bez użalania się w jakiej ciężkiej sytuacji znalazł się zespół. Zanim zostałam kierowniczką dostałam radę, że kierownik musi podejmować decyzje szybko i sprawnie. Później przyjdzie czas na tłumaczenie się z nich i ewentualne przepraszanie klienta, że decyzja była błędna. Znalazłam się w sytuacji, kiedy na podstawie mojej decyzji działały dwa podmioty gospodarcze. Na podstawie decyzji, która została podjęta w 60 sekund. Jedyne pytanie, które wtedy usłyszałam brzmiało, czy jestem pewna tego co robię. Nie byłam, ale powiedziałam tak i wszystko ruszyło. Później przyszedł czas na przemyślenia i wątpliwości. Decyzja była słuszna, a ja byłam gotowa na konsekwencje jeżeli byłoby inaczej. Zawsze należy o tym pamiętać, że to nie zespół podejmuje decyzje w krytycznych sytuacjach. Decyzje podejmuje kierownik i nawet jeżeli nie jest pewny, czy dobrze postępuję nie powinien dawać tego po sobie znać. Niepewność kierownika może spowodować, że zespół będzie wolnej wykonywał zadanie cały czas dopytując się, czy aby na pewno.

  1. Jak sobie radzić z ciężkimi przypadkami

Bez pracowników szef nie istnieje. Dobrze mieć tego świadomość, kiedy zaczyna się rozmowy z podwładnymi. Niektórzy preferują prostą drogę wpisów dyscyplinarnych do akt. Na pewno pracownicy będą wykonywać polecenia takiego przełożonego, choćby ze strachu, że w razie czego będą mieli utrudnioną zmianę pracy. Jednak uważam, że takie rozwiązanie kwestii braku dyscypliny jest porażką przełożonego i przyznaniem się do bezsilności. Byłam zwolenniczką rozmów pouczających oraz wnikająco – przyczynowych, w których kierownik wykazywał zainteresowanie podwładnym i dociekał skutków negatywnego zachowania. Ewentualnie kar miękkich tzn. czarnej roboty, pracy której w zespole nikt nie chciał, czy możliwości wybierania urlopu na samym końcu. Na jednych to działało na innych nie. I choć z przykrością to piszę czasami najlepszą drogą jest wymiana pracownika, jak już żadne inne metody nie są skuteczne. Czasami wartościowy pracownik w jednej firmie będzie obibokiem w drugiej. W takim przypadku dla dobra własnego oraz pracownika nie pozostaje nic innego jak się rozstać.

Ze wszystkich książek, które przeczytałam tylko trzy w jakikolwiek sposób wpłynęły na jakość mojej pracy jako kierownika, a były to:

– R. Goffee, J. Gareth „Dlaczego ktoś miałby Cię uważać za swojego przywódcę?”

– B. Selden „Jak być dobrym szefem”

– W. Haman, J. Gut „Szef to zawód”

Najważniejsze o czym trzeba pamiętać, zarówno na stanowisku kierownika, jak
i pracownika to komunikacja. Gdyż nikt nie siedzi w głowie drugiej osoby i nie jest w stanie wykonać poleceń, które nie zostały wydane na głos. Tak samo kierownik nie wie, kiedy pracownik potrzebuje pomocy, jeżeli siedzi cicho i nie zgłosi, że potrzebuje pomocy.

Opublikowano Inne, Poradniki | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Życie Stephena Kinga recenzja książki „Życie i czasy Stephena Kinga” Lisa Rogak

Zycie i czasy Stephena Kinga Lisa Rogak

Moja ocena – 90%

Pierwszy raz z prozą Kinga zetknęłam się w wieku dwunastu lat. Mama zabrała mnie na przyjęcie urodzinowe do rodziny. Wiadomo ciotki, wujkowie, babcie, dziadkowie i dalsza albo bliższa rodzina. Koszmar na jawie każdej nastolatki. Po kolejnym pytaniu, kiedy idziemy padła odpowiedź: „idź, poczytaj”. I ku mojej radości mogłam wybrać, każdą dowolną powieść, która wpadła w moje ręce. Pech mojej mamy polegał na tym, że ciotka wśród samych romansideł miała powieść „Miasteczko Salem” Stephena Kinga. Do tej pory zresztą nikt nie umie odpowiedzieć na pytanie, jak książka znalazła się na półce ciotki. Ja wiem, to było przeznaczenie. Dla mojej mamy to był szatański spisek, który miał mnie sprowadzić na drogę „nieodpowiedniej literatury”, dla takiego dziecka, jakim wtedy byłam.

Od tamtego momentu przeczytałam o wiele więcej powieści „mistrza grozy”, choć nie wszystkie. Jednak wystarczająco wiele, aby sięgnąć po biografię, kiedy ukazała się na naszym rynku. Książkę „Życie i czasy Stephena Kinga” Lisa Rogak przeczytałam w weekend, przy okazji zamawiając w Internecie 2 jego książki i 5 komiksów, co by nadrobić zaległości.

Kilkanaście lat temu czytałam „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”, więc pewne fakty z życia Kinga znałam, akurat te które chciał przekazać czytelnikom. Natomiast bardzo zaskoczył mnie stosunek fanów do pisarza, zawsze sobie wyobrażałam, że bohaterka „Misery” jest tylko wyobrażeniem o tym jak szaleni mogliby być fani. A nie sumą jego lęków, biorąc pod uwagę do czego fani są w stanie się posunąć, aby zdobyć autograf.

Zdziwiła mnie też liczba lęków pisarza, zawsze uważałam, że to moja babcia wiedzie pierwsze skrzypce, jeżeli chodzi o wymyślanie czarnych scenariuszy oraz gdybanie, co by się mogło zdarzyć gdyby życie w każdym momencie nie było idealne. A ponieważ życie nie jest idealne przechodziła do rozważań, co by się stało gdyby wszystkie nieszczęścia spotykały akurat naszą rodzinę. Jednak nigdy nie doszła do wniosku, że swoje lęki może spisać i wydawać w formie opowieści. Tym samym prowadząc własna autoterapie.

Mimo wszystko, to co najbardziej się przebija z biografii, wali obuchem w głowę, aby nikt nie mógł pominąć tej kwestii jest potrzeba pisania, jaką wykazywał King od najmniejszych lat. Jestem pewna, że niezależnie od zawodu jaki by wykonywał i tak by pisał. Jest to potrzeba chorobliwa, wręcz obsesyjna. To nie jest wybór drogi życiowej, ale wewnętrzny przymus, który nakazuje nie spać, nie jeść tylko pisać. A dzięki szansie, jaką kiedyś otrzymał od wydawcy oraz jasno ukierunkowaną drogą życiową, dziś mamy przyjemność czytać jego książek.

Biografia Rogak jest napisana w sposób przystępny i interesujący. Jedyne na co mogę narzekać, to zbyt mało wypowiedzi Kinga oraz fakt, że książka kończy się na pewnym roku
i nie wiadomo jakie plany na przyszłość ma pisarz.

Opublikowano Recenzje książek | Otagowano , , | Dodaj komentarz

„Spełnienie. Nowy wymiar twojego sukcesu” Arianna Huffington (recenzja)

Spelnienie-Nowy-wymiar-twojego-sukcesu_Arianna-HuffingtonMoja ocena – 100

Czasami spotykamy ludzi, którzy przychodzą do nas, kiedy jesteśmy na to gotowi, tak spotkałam książkę, a było to spotkanie o tyle zaskakujące co niezwykłe.

Do pewnych książek należy dojrzeć, tak jak dojrzewamy do decyzji w naszym życiu, a później wszystko idzie szybko
i sprawnie. Tak mniej więcej było z książką „Spełnienie” Huffington. Kupiłam ja na fali książek w jakiś sposób powiązany z rozwojem osobistym lub zarządzaniem, a później leżała na półce i czekała, aż znajdę czas żeby ją przeczytać.
I tego czasu nigdy nie było. Aż do teraz.

Książka opowiada historię „przebudzenia” założycielki Huffington Post. Na czym to otrzeźwienie miało polegać? Na spojrzeniu w oczy otaczającego nas świata z dystansem
i odpowiedzenia na pytanie, co jest ważne? Co się liczy w tej chwili, a co będzie miało znaczenia za rok, dwa, piętnaście lat. Nowe gadżety, wczasy na Bahamach czy spokój duszy, czyste sumienie i uśmiech na twarzy. Dobrym przykładem, najlepiej od wzorującym dzisiejsze społeczeństwo jest opowieść o tym, jak przez tydzień miała zostawić wyłączoną komórkę. Przeprowadziła ten test ze swoimi znajomymi i nastąpiła panika. Wszyscy znamy to uczucie, kiedy wyskoczymy do sklepu na chwilę bez telefonu i czegoś zaczyna nam brakować. Moja wyobraźnia zaczyna wtedy bawić się ze mną w grę pt. co jeśli? Będzie wypadek, a ja nie będę miała telefonu albo zmienią wszystkie zamki w domu jak wyjdę i nie będę mogła zadzwonić, że nie mam kluczy. Kombinacji wariacji jest wiele i potrzebowałam doświadczenia przebywania poza domem bez telefonu komórkowego aby przestać wpadać w panikę. Teraz już potrafię. Umiem również wyłączyć telefon na weekend bez myśli, a co jeśli: właśnie mnie omija impreza życia, albo w pracy coś się stało lub znajomy, którego nie widziałam dwa lata właśnie przyjechał odwiedzić Warszawę i chciał się spotkać, a ja miałabym wyłączony telefon. Potrzebowałam też czasu i zrozumienia, że poświęcanie całego swojego czasu wolnego dla pracy jest w najlepszym wypadku błędem, w najgorszym może się skończyć utratą życia osobistego i stałym uszczerbkiem na zdrowiu.

Autorka odwraca się od zachowań społecznych w których człowiek jest on-line 24 godziny na dobę i zwraca się w stronę duchowości. Nie zależnie od tego jaką religię wyznajemy, ponieważ duchowność dla autorki nie ma nic wspólnego z Bogiem, jakkolwiek byśmy go nie nazywali, ale z wnętrzem człowieka: spokojnym sumieniem, dobrym snem, radością na co dzień.

Ktoś mógłby zarzucić autorce, że o duchowości pisze dopiero teraz jak jest bogata i nie musi się martwić o swoją przyszłość. Jednak to niczego nie zmienia, ona po prostu dopiero teraz dostrzegła co jest w życiu ważne. Mam znajomych, dobrych znajomych, których nie widziałam już kilka lat. Powód: praktycznie nie wychodziłam przez trzy lata z pracy. A oni wyprowadzili się z Warszawy, wyprowadzając się powiedzieli, że tutaj życie jest za szybkie, że ludzie pędzą przed siebie nawet nie wiedząc gdzie, byle dalej. Oni nie chcą tak żyć, wolą wolniej, ale za to szczęśliwiej. Mają rację. Wiedziałam to wtedy kiedy się wyprowadzali
i wiem dzisiaj. Potrzebowałam jednak czasu, aby dojrzeć do tego i nie pędzić cały czas przed siebie, żeby zwolnić i tak jak małe dziecko zobaczyć świat i się nim zachwycić, bez wyceniania ile tracę stojąc, bo przecież nigdy się nie pytałam ile zyskuje.

Może nie zmienię swojego życia od razu, ale na pewno zastanowię się nad sobą i podejmując zawodowe decyzje zapytam sama siebie, czy mam też czas dla siebie, aby odpocząć
i naładować akumulatory.

Opublikowano Recenzje książek | Otagowano , | Dodaj komentarz